
To miała być krytyczna recenzja, bo długo nie mogłam się z tym lakierkiem dogadać. Już nawet przygotowałam się psychicznie, że pójdzie jako bubel. A jednak postanowiłam mu dać jeszcze jedną szansę. Kolejny raz zmyłam i pomalowałam na kilka sposobów, by znaleźć metodę na jego niedostatki, bo pomimo mroczności, polubiłam gnoma ;)
Tak więc...
Zanim przejdziemy do nudnej rutyny dnia codziennego, do lakierków w kolorach nude, co codziennego wtapiania się w tłum, zaszalejmy! Skorzystajmy z weekendu [dla niektórych długiego w trakcie], wrzućmy na szponki coś, czego normalnie nie widziałybyśmy na nich.
Może coś szczególnie odważnego? albo szalonego? kolor, jakiego nikt by się po nas nie spodziewał, nawet my same ;)

Ja postawiłam tym razem na coś młodzieżowego, i skrajnie przeciwnego do ostatniego koloru.
MIYO - No96 : Nightflower
Nie wiem, co sprawiło, że ten kolor wylądował w moim koszyku z zakupami.. Czarny - teoretycznie antyseksowny kolor, uwielbiany przez nastolatki w okresie buntu, tym razem roziskrzony oliwkowymi drobinkami, które w słońcu tańczą na szczytach palców pod ciemną powierzchnią.
Nigdy nie byłam typową zbuntowaną nastolatką, nie nosiłam irokeza ani glanów, nie wyhaczyłam też o goth, czy tym bardziej o emo.. Nawet, kiedy miałam etap chodzenia w bojówkach, to były one bialutkie, seksowne, opięte jak należy i gdzie należy ;) Więc skąd teraz takie wybory? Hmmm... a może ja właśnie teraz przechodzę ten nastolatkowy bunt? Jeszcze chyba mogę, zanim Młode zaczną ;D